WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XXXV) (13 MARCA 2026)

W tych wciąż wczesnych latach edukacji bliźnięta nie czują się lubiane. Każde z nich ma stosownych kolegów i koleżanki, jednak grono pedagogiczne w większości nie akceptuje uzdolnień i ambicji oraz wartości Nitki i Wilhelma, co sprawia, że ścieżka kształcenia jest dla nich trudna i wręcz, pod względem emocjonalnym, stanowi dotkliwą porażkę. Nauczyciele są często dla nich złośliwi i cyniczni, zazdrośni i niechętni, a przecież lubią, szanują i akceptują, jak na złość, pozostałych uczniów i uczennice. Jednak pomimo tego rok w rok bliźniaki kończą rok szkolny z piątkami i szóstkami, czyli ze świadectwem z przysłowiowym szkolnym czerwonym „paskiem” i wzorowym zachowaniem. Czują się wyróżnieni społecznie, jednak nie w ich własnym domu – ojciec drwi z nich i wyśmiewa ich świadectwa z „pysznymi” stopniami. Ich osiągnięcia nie są mu po myśli i nie są po myśli ich zborowi, a nawet całemu kościołowi braterskiemu jako ogółowi pokrewnych zborów w Winogrodii rodem z Plymouth, które znają ich „problem” – ich domniemaną głupotę, nieposłuszeństwo i beztalencie.

Koleżanki podziwiają Nitkę, jest popularna w klasie i w szkole. Mówi się o niej: „ta z warkoczem” , dumna i nieosiągalna. Jest jak na swój wiek wysoka, smukła i piękna. Dwie przyjaciółki, Kalka i Ponia, nie odstępują Nitki na krok. Jednak w tej przyjaźni mało jest swobodnych rozmów, toczy ona swoje małe dyskusje o nauce i religii, więcej naprawdę nie umie i cały czas boi się upokorzenia, wytknięcia jej w twarz palcem tej strasznej, makabrycznej prawdy, że nie jest dostosowana społecznie, że grozi jej w przyszłości znalezienie się na jego marginesie, w szpitalu psychiatrycznym czy też w więzieniu o podobnym profilu.

Tata Nitki i Wilhelma brzydzi się nimi i gardzi każdym aspektem ich jestestwa, ponieważ nie są ani lubiani, ani szanowani przez jego wąską, a elitarną w jego oczach, grupę społeczną. Uważa ich za głupich, brzydkich i niezdolnych, co wmówili mu prezbiterzy małych zborów protestanckich rodem z Plymouth, gdy bliźnięta miały zaledwie trzy latka, i co lubi sobie na każdym kroku potwierdzać dla uspokojenia głosu swojego sumienia. Dla samego faktu usprawiedliwiania swojej uprzedniej do nich nienawiści cały czas udowadnia sobie swoją rację, czyli to, że dzieci urodziły się złe i na to wskazuje właśnie ich zachowanie, zasługujące codziennie, a nawet kilka razy na dzień na surową karę. Zatem to on wygrał tę rywalizację, to on jeden jedyny zapracował sobie na szacunek „jakiejkolwiek” amerykańskiej społeczności w tej sześcioosobowej rodzinie, on i jego starsi synowie, być może w przyszłości pastorzy samodzielnych zborów. Ojciec słucha zborów chętnie, a nawet łapczywie, gdyż dobre relacje z braćmi i siostrami, a zwłaszcza z braćmi starszymi w tym szczupłym liczebnie, braterskim kościele, oznaczają dla niego jakże cenne wieczne zbawienie jego duszy. Przejmuje się na poważnie PANEM Bogiem i strukturą kościoła oraz posiadaniem w nim władzy, sam nawet uważa się za takiego boga, któremu wszystko się należy, a który sam nie ma żadnych zobowiązań wobec ludzi mu podległych. Nienawidzi Boga i zawsze udowadnia mu, że jest w stanie plunąć Mu w twarz. Nienawidzi Chrystusa i codziennie depcze Jego krew. Brzydzi się obecnością Ducha Świętego na ziemi i niszczy wszelkie przejawy Jego działania na skrawku ziemi, po której ochoczo depcze. Tak więc dla swojej rodziny tata jest złym bogiem na ziemi, uosobieniem zła i okrucieństwa. Nie poważa się tylko na jedno – na przemoc fizyczną i zabicie swojego potomstwa, ale cóż uratuje go przed nieustannym naginaniem prawa Bożego i Mojżeszowego, rodzinnego kodeksu? Nitka i Wilhelm żyją i jednocześnie nadal dzień w dzień umierają.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *