WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XXIX) (6 MARCA 2026)

Jednym z powodów takiego wychowania były narodziny kalekiego fizycznie i umysłowo kuzyna w ich rodzinie. Marcin był niewidomy na jedno oko, głęboko upośledzony mentalnie i obarczony wieloma innymi dolegliwościami zdrowotnymi. Jego matka była rodzinnym zabójcą i ewidentnie groziła czymś Gertrudzie, być może ją publicznie molestowała. W ogóle wcześnie w swoim małżeństwie Gertruda została skazana na samotność i ostracyzm w jej własnym zborze. Wszystkim kobietom, jej krewnym  ze strony męża, chodziło o to, by nie miała w zborze ani jednej bliskiej koleżanki, popleczniczki, szanującej jej pozycję osoby zdecydowanie wierzącej z nieco odmiennymi poglądami oraz – przecież – pastorowej. Gertruda szybko w tej atmosferze straciła swoją godną pozazdroszczenia młodą wiarę w PANA Jezusa i nieomal bezwiednie zaczęła kultywować przyjaźnie z własnymi, starszymi dziećmi, wykonując tym samym wolę rodziny odnośnie jej własnego losu, to znaczy społecznie gwałcąc swoich starszych synów i fizycznie oraz psychicznie molestując swoje młodsze bliźnięta. Oznaczało to mniej więcej emocjonalne zaduszenie Nitki i Wilhelma od lat jeden wzwyż.

Gertruda stała się oto sama mordercą – uśmiechniętym, czułym i troskliwym oraz wspierającym i motywującym wszystkich innych naokoło poza nimi, bliźniętami, w imię szaleńczej, ewolucyjnej walki o lepszy byt, w którą jakoś zawsze wierzyła, to jest suma summarum o lepszy byt i sławę swoich starszych synów. Matka Nitki i Wilhelma stała się tak oto aniołem ciemności, niosącym na swoich skrzydłach śmierć społeczną im – jej własnym bliźniętom, a szczęście – im skradzione  – wszystkim innym dzieciakom w swoim pięknym, wzruszającym, serdecznym uśmiechu i radosnym, ekscytującym, zaspokojonym, prywatnym świecie.

Ojciec wychowywał bliźnięta tylko od święta do święta, zajmował się bowiem pracą zawodową oraz prowadzeniem zboru, a w wolnych chwilach karał ich surowo i chodził na łyżwy czy też pograć w siatkówkę na wyższą uczelnię, na której pracował. Ich wychowanie przez tego niemal niezrównanego w winogrodzkim państwie wszechstronnego geniusza (który mógłby przecież nauczyć się także relacji) polegało na surowym zastraszaniu bez możliwości jakiegokolwiek sensownego rozwiązania z ich strony. W ogóle to ich ojciec, ograniczony pastorskimi restrykcjami, wcześnie stracił koncepcję swojego wychowywania ich,  ponieważ nic nie zdawało egzaminu na zrobienie z nich moralnych idiotów.

Mój tata był pastorem

opiekował się zborem

znał się z innym pastorem

który także zajmował się zborem

był też znachorem

gdy dzieci były chore

gdy się struły muchomorem

modlił się wraz ze zborem

żeby tata był chory

mama sadziła muchomory

troszkę mu wsypywała

żeby zupa lepiej smakowała

było to niewątpliwym walorem

zostać jak tata pastorem

tata traktował to z humorem

wraz ze zborem

dzieci były chore i słabe

lecz zbór zyskał sławę

nawet rząd nierządem stał

w gołą pupę nieraz wlał

molestował i ciemiężył

a co słyszał, to spieniężył

choć nie widział, jednak wierzył

wszystkie dzieci taty przeżył

przyszedł PAN na prośbę zboru

zbór żałował tego mordu

dostał w mordę cały zbór

ludzie szybko wdziali wór

tata nie był już pastorem

rozstał się ze zborem

dzieci rosły i urosły

doczekały swojej wiosny

dzieci urosły – rząd radosny

los tych dzieci stał się głośny

co za zbór!

Jaki chór!

Zaszczekał pies!

Porwał tatę szczwany bies!

Tata liczył na zabawę seksualną, a to nie sprawdzało się w realu, gdyż dzieci nieruchomiały i zamierały w przerażeniu, wyłączając swoje emocje oraz swoje myślenie, jednak zazwyczaj nie mszcząc się i nie oddając złem za zło. Próbował je zatem prowokować „do złego”, do skierowanych przeciwko nim samym wzajemnie złych reakcji i instynktów, i to mu się  często udawało, więc mógł szybko – triumfalnie święcąc swój sukces –  wyciągnąć pasa i je bić lub kazać długo klęczeć w rogach mieszkania. Jedyną zatem opcją, którą zresztą skrupulatnie sprawdził, czy zadziała, było nastawianie jednego przeciw drugiemu, a potem karanie ich za to biciem skórzanym pasem. Owszem, tą drogą dało się pójść. Wilhelm stał się szybko wrogiem Nitki i gdy miała cztery latka zrzucił ją z rusztowania na placu zabaw, tak że dziewczynka upadła z wysokości i groziło jej wówczas kalectwo fizyczne. Wtedy Nitka utraciła wiele ze swojej dziecięcej pamięci i rozpoczęła nowy, tragiczny społecznie rozdział w swoim życiu, bezwiednie i machinalnie wypełniając treść samospełniającej się przepowiedni jej zboru i rodziny, że będzie głupia, zakompleksiona, brzydka i samotna – gdyż w dużej mierze nie pamiętała swojej przeszłości, a więc nie rozumiała więcej rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *