ZIELONY WĄŻ W LOCHACH EL – WAWY
Wąż na pewno tam był. Leżał groźnie wyciągnięty na oparciu krzesła, może nieco leniwie. Nitka stwierdziła ten fakt i pozostała dalej w łóżku.
W gruncie rzeczy nie miała co robić. Właśnie wróciła od czyszczenia toalet i była załamana. Szef poświęcił jej dzisiaj sporo czasu dokładnie tłumacząc, co i jak robi źle. W domu zjadła obiad i położyła się zaraz do łóżka. Nie miała planów, to, że wąż tam był, półtora metra od niej, przyjęła jakoś naturalnie – świat i tak był zły. Pięć miesięcy wcześniej wróciła ze szpitala psychiatrycznego. Znowu była tam „Niteczką”, nie panią Nitką, czy nawet panią Niteczką. Fakt, że za rok i za dziesięć lat znowu będzie „Niteczką” dla pielęgniarek, obniżał jej samopoczucie o kilometry. To, że nie znała ani rąbka swojej przyszłości powodowało w niej paraliż i trudności z przełykaniem. Rodzice milczeli, co było okrutne. Nitka była prawie pewna, że po ich śmierci trafi do domu pomocy społecznej lub do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Zwłaszcza, że ojciec cały czas powtarzał do znudzenia, że „musi dopiero wyjść na prostą”, że wciąż jest „nierozsądna, chora, głupia.” Tak, w tym domu czuła się jedyną jednostką na świecie chorą na dżumę z powieści „Dżuma” Alberta Camusa, dla której to doktorowi Bernardowi Rieux nie chciało się nawet zakasać rękawów do jej leczenia. Dwa miesiące pobytu w szpitalu to za każdym razem zejście na prawie sam dół drabiny społecznej, brutalne zepchnięcie do dołka, przesiąknięcie odorem drapieżnych szczurów i padniętych, wygłodzonych kocurów. A co dopiero całe życie spędzone za bramami zakładu zamkniętego… Te myśli wprawiały kobietę w odrętwienie, wysysały z niej soki żywotnie.
Jeszcze raz spojrzała na węża. Poruszył się tym razem. Sunął to w jedną, to w drugą stronę po obiciu krzesła. Właściwie to wydawał się biedny, smutny, potrzebujący, jakby przypełzł tu, by ją o coś poprosić. Nitka pomyślała, że i ona ma o co prosić swoją rodzinę. Jej brat Edwin zaznaczył już kilka lat temu, żeby go już więcej nie błagać o najmniejszy grosz – jest niereformowalna, nie do naprawy, aspołeczna, „wszędzie wszystko psuje i rozwala.” Musi mieszkać samotnie, odosobniona. Trzeba ją koniecznie wyizolować jak Stitcha z filmu „Lilo & Stitch”, mega zabawnej i jednocześnie wzruszającej adaptacji klasycznego filmu Disneya z 2002 roku. W tej inscenizacji zbiegły kosmita, uważany za personifikację całkowitego zła, scala jednak samotnej dziewczynce z Hawajów rozbite relacje społeczne. Takiego okrucieństwa i podstaw do wypowiadania go, jakim niewątpliwie było zestawianie chorej, dobrej i wrażliwej kobiety ze strasznym i śmiesznym potworkiem z amerykańskiej bajki, Nitka nie mogłaby nawet sama sobie uroić. Edwin wyśmiewał ją przy byle okazji, a swoje jadowite postępowanie nazywał niewinnymi żartami. Matka trzymała stronę swojego syna i męża. Prawie się do niej nie odzywała, poza niezbędną komunikacją. Kiedyś, kiedy córka bardzo się na to jej osobiście poskarżyła, usłyszała w odpowiedzi, że „musiałaby sobie przygotować temat do rozmowy.”
W jednym momencie wąż pojawił się na posłaniu. Znajdował się teraz na wysokości jej łydek. Nitka zamarła z przerażenia. Wąż falował swoim olbrzymim ogonem, był wstrętny, odpychający, ohydny. Kobieta, nawet nie wiedząc kiedy, rozpoczęła rozmowę.
– „Jesteś tylko fikcją, odejdź stąd, przestań się ruszać.”
– „Potrzebuję cię, Nitko. Jesteś piękna, przygarnij mnie. Chcę z tobą zamieszkać.”
– „Nie, skrzywdzisz mnie, wężu. Ty zawsze wszystkich krzywdzisz. Nie wiesz, że jesteś jadowity?”
– „Nie ukąszę cię, kocham cię. Jesteś dobra i wrażliwa. Nie krzywdź mnie!”
– „Boję się ciebie, wężu. Wąż w Ogrodzie Eden skrzywdził Ewę na zawsze. Potem umarła. Boję się śmierci. Odejdź, proszę.”
– „Nie umrzesz, Nitko. Jesteś taka młoda i urocza. Zaproś mnie do siebie. Pozwól mi podejść blisko.”
