ŻÓŁTA PIŁKA
„Veni, vidi, vici” – nuciła pod spuchniętym od kataru nosem Nitka, tylko pamiętaj: „Veni, vidi, vici.” Nic nie jest za straszne dzisiaj, kiedy pakuje się, żeby wyjechać na gościnne plaże Rejszy, nic jej nie przerośnie. Delikatnymi palcami dotykała ubrań i przedmiotów, które za niedługo trafią do ulubionej łososiowej walizki. Myślami Nitka powróciła na chwilę do minionych tygodni. Doktor Józef Ćwikliński swoim przyjemnym barytonem orzekł, że może jechać, że jest podleczona. Tym samym sprawił jej piękny prezent. Miała tylko pamiętać o łykaniu tranxene i tegretolu w zwiększonych dawkach w razie pilnej potrzeby. Znienawidzone leki wepchnęła ze złością w boczną kieszonkę łososiowej walizki.
Wstała i ruszyła do kuchni po sok z czarnego bzu, ale potknęła się o coś i westchnęła głośno. Aha, to pająk – zabawka, pamiątka z lat dziecinnych. Wypadł pewno z narożnej szafy, razem z ubraniami. Nitka wzięła pająka i usiadła z sokiem na kuchennym taborecie. Myślami znowu wróciła do przeszłości, tym razem do samego dzieciństwa. Ojciec stał w przedpokoju i twardym, zimnym tonem cedził niezrozumiałe dla dziecka groźby. Jedno za drugim, drugie za trzecim, trzecie za czwartym. Na nią, że gra w tenisa stołowego zamiast chodzić regularnie do kościoła, że spotyka się z niewłaściwymi ludźmi, i że wyniknie z tego wszystkiego tylko tragedia. Że nie powinna być jego dzieckiem, że jej nie rozpoznaje, a ona – iż całkowicie go ignoruje.
Nitka machinalnie ścisnęła pająka i zauważyła, że ma lodowate ręce. Postanowiła zmierzyć sobie ciśnienie, ale jeszcze za sekundkę. Musi jeszcze zadzwonić do Karoliny i zapytać, czy na pewno ma dla nich obu bilety na samolot. Potwierdzić ich przyjaźń. Nitka lubiła się upewniać. Nawet dziesięć razy na dobę. Odstawiła sok z bzu i nagle ze wstrętem odrzuciła pająka – zabawkę gdzieś daleko w tył. „Co za obrzydliwość” – pomyślała. Może przecież upleść dużą sieć, jak olbrzymi pająk z powieści J.R.R. Talkiena i zwabić ją w swoją kryjówkę. Wziąć ją za Frodo i zjeść ze smakiem, z przyprawami. Zganiła się za zgniłe poczucie humoru. Ale myśli płynęły dalej. Może Karolina też chce ją po prostu zwabić do hotelu w Rejszy, wyciągnąć pistolet, przystawić do głowy i krzyknąć po prostu: „Zawsze chciałam ci to powiedzieć: tak kończy kompletne zero.” Nitka dotknęła przelotem czoła i spostrzegła, że jest perliste od potu. Myślała dalej, wręcz uginała się pod natłokiem myśli.
Zobaczyła, jak Karolina owija osiem swoich rąk wokół jej szyi, po czym grubnie w torsie. Za chwilę ogromny wąż boa falował wokół jej ciała. Nitka krzyknęła. „Opanuj się!” – zawołała, ale osiągnęła tylko tyle, że wąż boa stał się na powrót pająkiem. Już pełzł samodzielnie po kuchennych kafelkach. Już z odwłoku sunęła za nim gruba, obmierzła nić. Nitka patrzyła mu w oczy jak zaczarowana, urzeczona. „Spokojnie” – mruknęła do siebie – „zaraz wybiegnę z kuchni i pająk mnie nie ukąsi” –pocieszała się. Spróbowała poczuć jedną nogę, ale noga odmówiła posłuszeństwa. Druga także się nie ruszała. Nitka była jak sparaliżowana. „Ale mam jeszcze komórkę” – pomyślała i w jej serce wstąpiła nagła nadzieja. „Mogę zadzwonić do Karoliny i odprężyć się.” Prawie się uśmiechnęła. Z tylnej kieszeni jeansów wysunęła komórkę i znalazła numer przyjaciółki.
