WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. LVI) (3 KWIETNIA 2026)

Poczęstowano ją ciastem i herbatą. Zaraz potem zakrystian zaprowadził ją na sam dół domu, do małego pokoiku. Tu przenocuje, powiedział. Stało tu wygodne, rozścielone łóżko. Nitka nie mogła uwierzyć swojemu szczęściu. Zakrystian wytłumaczył jej pobieżnie jej sytuację, po czym wyszedł. Została sama. Położyła się. Kiedy już zasypiała, do pokoju przyszła młoda kobieta. Krzyknęła coś na nią po ukraińsku. Była wulgarna. Nitka straciła w jednym momencie swoje przed momentem odnalezione szczęście. Przez całą noc nie spała. Męczyły ją okrutne głosy i urojenia. Znalazła się w amerykańskiej komnacie tortur, w więzieniu CIA. Tu męczono Irakijczyków, oskarżonych o atak na World Trade Centre. Leżeli rozciągnięci, nadzy na łóżku, a żelazne tryby kół zadawały im dotkliwy ból. Nitka zerwała się z łóżka skoro świt i zauważyła, że pościel była zabrudzona jej krwią miesięczną. Teraz dopiero spostrzegła także, że pokój przypominał tanią, wilgotną suterenę. Czym prędzej uciekła z miejsca noclegu. Jeszcze zobaczyła jak przed oknami domu olbrzymie palce świerku kołyszą się, pokazując wyraźnie, że tej nocy ona była tu torturowana. Nitka wyjęła lusterko. Nie mogła uwierzyć: z szybki patrzył na nią olbrzymi, pożółkły, pomarszczony, wulgarny pająk.

Nitka wyjęła z torebki telefon i zadzwoniła na numer alarmowy. Dowiedziała się, że szpital psychiatryczny mieści się przy ulicy Nowowiejskiej, w ścisłym centrum stolicy. Tam udała się zaraz metrem bez ważnego biletu.

„Co pani dolega?” – zapytał doktor dyżurny bez białego kitla. Nitka nabrała głęboko powietrza, po czym wraz z nim uwolniła wszystkie swoje rany, które olbrzymią kałużą krwi zalały jej nieszczęsny świat:

„Jestem Matką Wszechświata. Mam niedługo zginąć. Jestem winna nieszczęść wszystkich ludzi. Mam dziecko, małą dziewczynkę. Zabiję was, jeżeli nie pozwolicie mi jej urodzić. Urodziłam już wszystkich ludzi. Jestem matką. Tak, jestem… Jestem…. Jestem MATKĄ WSZECHŚWIATA.”

Jest rok 1828. W Warszawie na Ursynowie Anita K. po spotkaniu z Adamem N. zasiada do lektury. Czyta świeżą pozycję, „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego, niemieckiego artysty. Doktor Henryk Faust, alchemik, erudyta, człowiek wszechstronnie wykształcony, właśnie zapragnął poznania wiedzy praktycznej. Posiadł wprawdzie wszelkie tytuły naukowe, dysponuje sławą oraz pieniędzmi, jednak przed nim tkwi coś wzniosłego – prawdziwe tajemnice istnienia. Przed nim odkrycia i zdobycze Wszechświata – piękno, brzydota, mądrość oraz głupota, narodziny i śmierć. A nawet więcej niż to: stworzenie i ewolucja WSZECHŚWIATA, ból i radość cyklu dojrzewania i zanikania, przekształcania się i rozwijania, transformacji i potęgi marzeń oraz ich odrzucenia. Jego dusza, dusza niemieckiego naukowca, ma wkrótce stać się areną rozgrywki między Bogiem a Szatanem, siłami piękna i harmonii oraz brzydoty i poniżenia. Czy Faust dokona tego, co wydaje się tak bardzo nieosiągalne, niemożliwe, nieokiełznane, czy odkryje tajemnicę kosmicznego istnienia? Niech Bóg mu tego zabroni, modli się Anita K., wszak nie jest tego godny, a dwieście dwanaście lat później Nitka w szpitalu psychiatrycznym na Nowowiejskiej na próżno poszukuje swojej śmierci – zamiast tego kładzie się w swoim pokoju do zastrzyku, zmęczona walką i ucieczką, pokonana końcem świata Majów – w pewnym sensie końcem jej świata, z tą samą modlitwą na ustach, z modlitwą o zakrycie niepodważalnych, najgłębszych tajemnic bytu… W jej lusterku nieodmiennie, dzień za dniem, czai się MATKA WSZECHŚWIATA.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *