Sunęła teraz dalej znacznie szybciej. Pruła ulicami stołecznego Ursynowa. Matka Wszechświata. Ona, która stworzyła wszystko, która całemu ogromowi przeróżnych istnień dała zaranie. Matka – to słowo winno brzmieć dumnie. Stwarzała po kolei, krok po kroku, ostrożnie. Z wielką satysfakcją. Z mężem pająkiem była tak samotna, że stwarzała niemalże z przymusu. Chociaż nie lubi tego słowa, to jednak tak, stwarzała z przymusu. By nie widzieć siebie w lustrze. By ten głupi, srebrzysty kawałek materiału przestał przypominać jej tę gorzką, znienawidzoną, nieakceptowalną prawdę: była brzydka, ohydna. Wstrętna, odrażająca. Śmierdząca, zgniła. Ale wtedy narodził się w jej głowie pomysł: stworzy, zrodzi dzieci piękne, błogosławione. Pokocha je, rozpieści. Da im miłość, której sama nigdy nie doświadczyła. Tak składała jaja i życie się materializowało. Wreszcie powstał świat i inne światy. Krocie światów. WSZECHŚWIAT. Piękny, dobry, rozkochany w sobie, pełen śpiewu i gry instrumentów. Szalony, roztańczony, pełen wdzięku i wina. Nienawidzący brzydoty. Tak, Matka Wszechświata za późno to zrozumiała: świat nienawidzi pająków, obrzydliwych, ośmiorękich kreatur. Świat nie okazał jej wdzięczności. Świat plunął jej w twarz.
Jest rok 2030, koniec świata Majów. Jakiś czar, całkowicie zły urok zaciążył na Nitce. Kobieta wyjechała z Kehenny daleko na północ, do Brzegu. Tu Zygmunt przedstawił jej propozycję czyszczenia toalet w supermarkecie. Podziękowała i zapytała, czy mogą czasami się widywać. Zygmunt odpowiedział, że jak najbardziej. Nitka była tak szczęśliwa, że chciała śpiewać na ulicach. Wynajmowała pokój za 1000 złotych i spotykała się z Zygmuntem po pracy. Spacerowała samotnie brzegiem morza i oddychała jego przemożną energią. Teraz nie czuła już apatii, osłabienia, paraliżu. Była zdrowa, czuła się na wiek nastoletni.
Ten stan nie trwał jednak długo. Między nią, a Zygmuntem zaczęło zgrzytać. Unikał jej. W pracy szef miał do niej pretensje. Wiecznie był niezadowolony, upominał ją. Nitka za wszelką cenę próbowała przełamać złą passę. Usiłowała rozkochać w sobie Zygmunta. Wymyśliła szybko, że wyjdzie za niego za mąż i dzwoniła do niego często, starając się, żeby wybrał ją w miejsce swojej żony. W pracy zwierzyła się szefowi ze swojej mefistofelicznej sytuacji panującej w domu. „Tam nie mogę wrócić”, żaliła się. „Nienawidzą mnie, życzą mi źle, nie obchodzę ich. Mogę umrzeć, a i to nic nie zmieni. Niech pan mi powie, czy mam tę pracę na pewno. Jest pan ze mnie zadowolony?” Nitka kokietowała wszystkich, nawet panią wynajmującą jej pokój. Jednak pani wyrzuciła ją, nie podając powodu. Szef rozstał się z nią równie szybko. Zygmunt obwieścił, iż zmienił numer telefonu. „Jesteś chora psychicznie” – powiedział krótko w ostatnim dniu rozmowy. „W Brzegu jest szpital psychiatryczny. Jedź tam sama jak najprędzej”. Nitka dygotała ze strachu. Nie mogła zrozumieć, w jaki sposób poznano jej tajemnicę. W końcu wpadła na szalony trop: trafili przez Facebooka do jej rodziców i nawiązali z nimi kontakt w jej sprawie. Nie, nigdy do nich nie wróci. Zemści się na wieki. Zaciśnie zęby i da sobie radę tutaj, w Brzegu. Znajdzie pracę.
Nitka pojechała na parafię i zapukała do księdza dyżurnego. Dał jej 30 złotych i kontakt do osoby pośredniczącej w uzyskaniu pracy. Udała się zgodnie z jego wskazówką do szkoły podstawowej, ale tam jej nie przyjęto. Postanowiła tym się nie przejąć. Po kilku dniach jednak chodziła w akcie desperacji po całym mieście, wszędzie pytając o pracę. Na nic to się nie zdało. Była zmęczona, znerwicowana. Jak szum fal Bałtyku, wdzierający się do uszu plażowicza muszelkami ze snu, powróciły głosy, a z nimi urojenia. Po tygodniu Nitka była tak zmęczona, że wybrała odpoczynek i udała się na wycieczkę do Samokoszy. Kiedy chodziła po mieście, urojenia napędziły jej takiego stracha, że taksówką popędziła do szpitala psychiatrycznego. Lekarka kazała jej rozebrać się do naga i obserwowała ją z wrogością i ekscytacją, kąpiącą się po prysznicem. „Jeszcze będziemy rozmawiać” – zakomunikowała przerażonej Nitce jaszczurczym tonem. Nitka łutem szczęścia wypisała się kolejnego dnia z miejsca kaźni na własne żądanie.
Chociaż głosy nie ustąpiły, zabrała swoje rzeczy i pojechała do Kapitalnej. W stolicy znajdzie szczęście i spełnienie, mówiła samej sobie często i tępo, jak niezdolna uczennica bezskutecznie powtarzająca szkolny materiał.
