Już ją osądzili. To widać. Nie potrzebuje „Sądu Ostatecznego” Fra Angelico, by się o tym przekonać. Ściągnęli ją czarami z nieba, po okręgach niebieskich w dół. Jest naga, mała, pomarszczona, pożółkła. Straciła swoją moc. Wkrótce przyjdzie ten właściwy, przypadkowy, nienawidzący ją jak własną chorobę i starość człowiek, i wykona rozkaz ludzkości: rozdepce ją bez skrupułów z dziką, namiętną radością. Umieranie jest ciężkie, myślał pająk. To we mnie tętni życie miliardów. To ich wszystkich stworzyłam, moja żarliwa nienawiść do nich porusza moimi rękami, tkwi przed dwojgiem moich przenikliwych oczu. To ich wszystkich zawieram w sobie. Niedługo czeka mnie koniec wszelkich tęsknot, pragnień, instynktów; moja śmierć będzie brzydka, jak śmierć szczura piwnicznego, zagrzebanego we własnym strachu.
Nitka zdołała szybko wynająć w Kapitalnej na Ursynowie pokój z dwoma młodymi mężczyznami. Poszukiwała na powrót pracy. Urojenia jednak wypychały ją z każdego obiektu. To nie mogła znaleźć drzwi, to bała się, że ją zabiją, to znowu widziała na każdym kroku jakąś jeszcze gorszą pułapkę. Pokłóciła się z sublokatorami, których próbowała bezskutecznie poderwać. „Jesteś chora psychicznie. Weź się lecz” – usłyszała od Franka. Podobnie źle stała w kwestii finansowej. Ale oto pewnego dnia Nitka wyszła z domu i nie wróciła.
Był początek zimy. Włóczyła się ulicami stolicy i śpiewała piosenkę dla swojego dziecka, małej Katarzyny. To dziecko idzie z nią. Już się rodzi. Jest małe, piękne. Kocha mamusię ponad wszystko. Ponad wszystko wierzy, że mamusia ma siły, żeby je urodzić, żeby się nim zaopiekować, żeby się z nim bawić. Mamusia może wszystko. Zaśpiewa jej śliczną kołysankę, opowie bajeczkę, weźmie na spacer w przytulnej, kolorowej gondoli. Nitka rozczuliła się do granic wytrzymałości jej rozchwianej osobowości. Miała wrażenie, że autentycznie słyszy głos dziecka. Czyż może być coś piękniejszego? Kasia jest słodka, ufna, kochająca. Rozśmiesza ją i dodaje otuchy. Pcha do przodu. Dla niej musi walczyć, dla niej się poświęci. Tak, przeżyje jakoś w winogrodzkiej stolicy. Będzie błagać o pracę, chodzić po mieście, nawet włóczyć się. Ktoś wyciągnie dłoń do matki z dzieckiem. Ludzie są dobrzy.
Nitka włóczyła się cały dzień od ogłoszenia do ogłoszenia. Ktoś ją skrzyczał, kiedy się jąkała, ktoś jej odmówił; gdzie indziej wydukała swój wiek dwa razy, za każdym razem inaczej i pani się rozłączyła. Kupiła gazetę i znalazła piękne ogłoszenie dla niani, ale do telefonu powiedziała, że przyjedzie z własnym dzieckiem, małą Kasią, i pani nie chciała kontynuować rozmowy. Wreszcie zapadła noc. Była 22:00. Nitka poczuła się głodna i zmęczona. Spojrzała wokół. Była na rogatkach Kapitalnej. Teraz panicznie zaczęła bać się Policji, gdyż ewidentnie się włóczyła. Ktoś zauważy ją i wykręci numer alarmowy. Nie było to wykluczone. Dziecko marzło. Nie mówiło już, nie śpiewało. Było ciche, prawie martwe. Odczuła kłujące, nieprzyjemne wyrzuty sumienia. Zginie dziecko i zginie ona. Zapadną się w mrok, bezpowrotnie. Ani słychu, ani widu. Jakże gorzka, niesmaczna, odrażająca jest śmierć. A gdyby zadać ją innym? Gdyby tak zabijać ludzi na ulicach po kolei, krok po kroku? Jest tylu ludzi na świecie, miliardy ludzi, a jednak nikt nie pomoże jednej tylko kobiecie, ciężarnej małej obywatelce Kehenny. A trzeba tak mało: tylko kubka gorącej, pożywnej zupy. Tylko domu na miesiąc, żeby mogła dojść do siebie, wyzdrowieć z głosów i urojeń, i poszukać sobie pracy. Świat jest okrutny. Zamknął ją w swej dłoni i wskazał palcem: to ona, Nitka, ta bezdomna. Ta ofiara losu, ofiara śmiechu wszystkich ludzi. W tym momencie Nitka pozbierała się w sobie. Będzie walczyć. Poprosi o schronienie. Ktoś na nią czeka, ktoś otworzy swoje ramiona.
Mijając domy, jeden po drugim, zauważyła zupełnie zwyczajny kościół parafialny. Jednak to, co z nim zrobi, nie będzie zwyczajne. Zatrzymała się i siadła na schodach. Czekała. Ale oto nie może uwierzyć: zakrystian w tym momencie zamyka drzwi kościelne i przechodzi mimo. Tak, to jest jej szansa! Wstała i przedstawiła swoją mizerną sytuację. Zakrystian nie chciał o niczym słyszeć, ale po wielu wylanych łzach zgodził się ją przenocować. Nitka cicho jak myszka szła za nim. Zaprowadził ją do niedużego domu parafialnego. Tu otworzyły się drzwi i ukazała się grupka szczęśliwych ludzi. Byli to Ukraińcy: młodzi, rozśpiewani. Śpiewali kościelne piosenki i jedli ciasto. Niektóre młode kobiety trzymały na kolanach dzieci. „To właśnie jest miejsce dla mojej Kasi”, pomyślała Nitka. „Będzie miała tu swoje ciocie i koleżanki”.
