Trzeci, drugi, ostatni dzień od końca. Wilhelm prezentuje na lekcji historii w swojej klasie mat –fizu renomowanego, keheńskiego liceum zagadnienie autentyczności śmierci i zmartwychwstania PANA Jezusa Chrystusa, oparte na jednej z książek amerykańskiego protestanckiego apologety Josha McDowella. Reakcja, z jaką się spotyka, zarówno dotyczy go jak i już nie dotyka, ponieważ mężczyzna nie rejestruje już docierających do niego z otoczenia bodźców z ostrością zdrowego człowieka, ale jakby przez gęstą mgłę. Nie przewiduje już ani nie nastawia się, gdyż jest to na tym etapie za trudne, by nieustannie zmagać się ze wzgardą i odrzuceniem wszystkich ważnych dla niego, to jest decydujących o nim, w jego środowisku, osób. Cały czas walczy, ale już nie męczy się, nie poci. PAN wzywa go do domu.
Jak ciężko jest odchodzić. Jest to jednak dla mnie konieczne. Nie potrzebuję już być kochany ani akceptowany, zauważony. Nie potrzebuję gdzieś dążyć, o coś się starać, kupować buty samemu, podejmować drobne własne decyzje, wyrobić sobie samemu dowód osobisty, nie muszę się już pocić. Zauważyłem na nowo, że jestem otyły. Nie wiem, dlaczego nie rozpaczam już z tego powodu. Potrzebuję jednak szybko zrzucić jakieś dziesięć kilogramów. Wilhelm rozpacza i męczy się. Rozważa ewangelizację uliczną na Rynku w Kehennie, czy też na ulicach Starego Miasta lub po prostu na swoim osiedlu. Zdarza się jednak, że wszystkie ważne i jednocześnie „bliskie” mu osoby są temu przeciwne. Mężczyzna nie pojmuje, dlaczego nie może podjąć żadnej konkretnej, ważnej decyzji w sposób przynoszący mu przyjemność. Cały czas walczy, ale już nie męczy się, nie poci. PAN wzywa go do domu.
