WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XXXI) (9 MARCA 2026)

Jednakże Nitka straciła w ten sposób przynoszące jednak jakieś ukojenie, choć wrogie jej wierze towarzystwo Mamy, i stała się w rodzinie bardzo samotna i sponiewierana. Kiedy schwytał ją w związku z tym wraz z upływem pół roku dotkliwy emocjonalny ból i ponadto dziecko nie poradziło sobie ze zrozumieniem Psalmów (no bo co to za sens w uwielbianiu tyle razy, wręcz nieustannie PANA na harfie i lutni, po co to wszystko, to wezwanie do śpiewu i grania, które przecież nie było nigdy jej udziałem?), Nitka zarzuciła czytanie Biblii i powróciła, zrozpaczona, załamana i grzeszna, do intymnej relacji z mamą. Nie zapytała (a mogła to przecież zrobić) jej taty o wyjaśnienie znaczenia Psalmów, poddała się duchowo i chociaż nie utraciła swojego zbawienia, przestała się rozwijać i błyszczeć – urodą i talentami, niepowszednią inteligencją, one wszystkie przekładały się z kolei na łaskę i przyzwolenie wśród jej otoczenia, by istnieć i czymś wyróżniać się spośród innych dziewczynek. Potem, jak rzucony niechętnie szczeniętom ochłap, wieczorami, przez parę miesięcy, mama czytała jej i Wilhelmowi Pismo Święte, a ono dotykało serca i duszy dziewczynki i jej brata, tak jak jesienny, późny deszcz zrasza sukienki małych dam, kroczących lekko w jego kroplach oraz jak ostry, obosieczny miecz rani skórę i mięśnie nieprzyjaciela, kiedy się go mocno schwyci i skieruje przeciwko niemu.

Tata bliźniąt wziął jednak sobie głęboko do serca wiarę Nitki i pewnego razu tego samego roku, kiedy wracali jak zwykle dużym fiatem z nabożeństwa do domu zaproponował, by jego najmłodsze dzieci nauczyły się na pamięć Kazania na Górze i obydwoje wyrecytowały je w ich skromnym liczebnie, skostniałym zborze. Od momentu tych ojcowskich słów zachęty Nitka i Wilhelm na wyścigi i z ogromną radością i wyczekiwaniem na „ich dzień” uczyli się wskazanych trzech rozdziałów z Ewangelii według świętego Mateusza – przecież tata nareszcie chciał być z nich dumny, a oni mają już po sześć lat i powinni się już dawno szybko rozwinąć i zacząć coś osiągać, podobnie jak inne dzieci! Mama nadzorowała ten proces i dopingowała ich jak umiała najlepiej, traktując ich w sposób wymagający, a nawet godny, zapewne chcąc  ukryć przed swoim mężem ich głębokie i dzikie pragnienie osiągania w przyszłości podobnych wyróżnień chociaż na arenie ich zboru. Nadszedł dzień długo wyczekiwanej publicznej recytacji wybranego fragmentu biblijnego podczas nabożeństwa, w pewien środowy wieczór. Bliźniaki dokonały tego bezbłędnie, ze wzorcową dykcją i z radością oraz nowo nabytą godnością szanowanych dzieci pastorów. Stały się też od razu bardzo biedne w duchu, gdyż zbór przyjął ich usługę jako coś zarozumiałego i wstrętnego. Babcia i jej najmłodsza córka, ciocia Sza, kiwały pogardliwie głową, w duchu obiecując szeroko zakrojoną długofalową zemstę, a inni dolewali jeszcze oliwy do ognia, szydząc z ich rodziców oraz izolując chłopca i dziewczynkę od towarzystwa pozostałych dzieci: zbór jednomyślnie odrzucił ich służbę jako coś zdrożnego i niedojrzałego duchowo (bo po prostu pysznego!) Odtąd tata już nigdy więcej nie spróbuje ich w żaden sposób wyróżnić, przynajmniej nie zbyt wcześnie, czy też nie dostatecznie wcześnie. Klamka ich przyszłości tego dnia jakoś zapadła na zawsze – ojciec i mama dzieci jeszcze raz potwierdziły to sobie, że ich potomstwo urodziło się i było przeznaczone przez swoje otoczenie wyłącznie na porażkę i nawet – na małą, osobistą zagładę wśród grona innych, szczęśliwych na swoją modłę i uszczęśliwianych oraz poważanych przez swoich rodziców dzieci.

Z MOICH AFORYZMÓW… (9 MARCA 2026)

Bądź  jak trawa – podbij ziemię!

Polacy – podnieście głowy – są wśród was geniusze, są  ludzie wybitnie utalentowani, a każdy jest jakoś szczególnie obdarowany!!

Bądź jak czterolistna koniczyna – przynoś wszystkim szczęście!

Bądź jak serce dzwonu – zawsze bij dla Nieba!

PRZYSZEDŁ NA ZIEMIĘ (9 MARCA 2026)

Przyszedł na Ziemię        

I słyszałem, jak wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią i w morzu, i wszystko, co w nich jest, mówiło: Temu, który siedzi na tronie i Barankowi, błogosławieństwo, i cześć i chwała, i moc na wieki wieków.

Obj. Jana 5,13

Widziałam

jak przyszedł na ziemię

był taki mały

powtarzał: „Jestem Bogiem”

„Jestem Bożym Synem”

„Jestem” „Jestem” „Jestem”

spijałam cicho niepokój Józefa

kiedy nie wiedział czy czuć się ojcem

skoro własny jego syn temu zaprzeczał

jak pogodzić Go z ziemią –

myślałam

kiedy zdawał się ją

od początku odrzucać

a może to ona

odrzuciła Jego?

miał tylko dwoje małych ramion

a już chciał nimi

obejmować wszystkich

cały niepoważny świat –

z wykrzywioną twarzą

całą kwadratową kulę ziemską

głupio skaczącą po przegubie Nieba

szepcącą docinki pod adresem Wieczności

wprawdzie powitała Go długa ręka Gwiazdy

wprawdzie anioł długo stał

nad Betlejemem

z wiklinowym koszykiem zachwytu

i z naręczem po raz pierwszy

tańczących winogron

jednak ja głęboko milczałam

zapatrzona w gramatykę

wszystkich przyszłych czasów:

czasu mówienia do małych ludzi

(kiedy zawsze pamięta się, że jest się ich Bogiem)

czasu dziecięcych zabaw

(z Bożym teatrem na co dzień)

czasu uczenia się życia

(kiedy samemu łaskawie się je dało)

czasu zarobku na chleb

(obiecany przez Boga sprawiedliwie)

czasu przyjaźni z człowiekiem

czasu sądu przez człowieka

potem

kiedy słońce coraz niżej

niepoprawnie zachodziło

ponad naszym domem

a On powtarzał że jest, i że będzie

wieczny

widziałam równie niepoprawny

własny żal

że nawet Bóg – człowiek nie zdołał przytulić

bardziej Ziemi

do policzków Nieba

ale że – zawsze za czymś zadyszana –

wymykała Mu się spomiędzy palców

jak za bardzo zapatrzone w siebie

mandarynki

na pierwsze ubogie

BOŻE NARODZENIE

12 czerwca 2012

SŁOWO NA DZISIAJ (9 MARCA 2026)

I zatrąbił piąty anioł, i zobaczyłem gwiazdę, która spadła z nieba na ziemię i dano jej klucz do studni otchłani.

9:2

I otworzyła studnię otchłani, i wzbił się dym ze studni, jakby dym wielkiego pieca, a słońce i powietrze zaćmiły się od dymu studni.

9:3

A z dymu wyszła szarańcza na ziemię i dano jej moc, jaką mają skorpiony ziemskie.

9:4

I powiedziano jej, żeby nie wyrządzała szkody trawie na ziemi ani niczemu zielonemu, ani żadnemu drzewu, lecz tylko samym ludziom, którzy nie mają pieczęci Boga na czołach.

9:5

I dano jej nakaz, aby ich nie zabijały, lecz dręczyły przez pięć miesięcy. A ich cierpienia były jak cierpienia zadane przez skorpiona, gdy ukąsi człowieka.

9:6

I w owe dni ludzie będą szukać śmierci, lecz jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie.

9:7

A szarańcza z wyglądu była podobna do koni przygotowanych do boju, na ich głowach jakby korony podobne do złota, a ich twarze jakby twarze ludzkie.

Ap 9, 1-7 (UBG)

WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XXX) (7 MARCA 2026)

Wilhelm nie zrozumiał ciężkiego lania  z molestowaniem seksualnym, którego doświadczył po agresji wobec swojej młodszej o dziesięć minut siostry: Nitka była przecież gównem, dziewczyńskim głupim „niczym”, smrodem, rzeczą zbyteczną i niepotrzebną w ich rodzinnym domu. Robił w końcu tylko to, co inni, to co było popierane i wskazane przez rodziców, a przecież był zaledwie nie rozumiejącym wiele z życia dzieckiem. Rok wcześniej przecież, kiedy mieli trzy latka i bawili się całą rodziną w ich gościnnym pokoju, Nitka dostała lanie na gołą pupę od swojego taty za Wilhelma, który całym sobą pragnąc zwrócić na siebie uwagę ojca i zaprezentować mu swoje skakanie, poprosił siostrę, by podstawiła mu wysoko nogę do wykonania takiego jednego bohaterskiego skoku. Chłopiec upadł następnie z przenikliwym płaczem na posadzkę i mama poprosiła tatę, by sprawił córce lanie. Wtedy mama z braćmi okazali Nitce swoją okrutną obojętność i wyśmiali ją, a dziewczynka nie miała nawet szansy wytłumaczyć się, że zrobiła to niecelowo i do tego na wyraźne żądanie braciszka, w celu wspólnej zabawy. Od tej pory nic nie miało dla niej więcej sensu w tej rodzinie, ponieważ wszystko było „bez niej o niej.”

Bóg jednak także się śmiał i to z tego samego powodu co jej rodzina, ponieważ Boska kara za ewentualną duchową śmierć dziecka lub za jego wstrzymany duchowy i emocjonalny rozwój nie zna miar i Bóg ma prawo, i lubi wymyślać precyzyjne reperkusje wrogom najtwardszych w okrucieństwie obywateli jego Ziemi. Nikt bowiem nie przypuszczał wtedy, że Bóg zaplanował  dla Nitki oprócz tych, także inne rzeczy, lepsze niż mogła się ona czy pozostali spodziewać. Bóg bowiem jest PANEM triumfu i z każdej sytuacji lubi odbierać sobie chwałę. Nitka miała cierpieć, ale w tym bólu chwała chrześcijanina i jego twarz zdolne są przecież odzwierciedlać chwałę samego Chrystusa PANA, Stworzyciela i Władcy świata, który umarł na krzyżu wprawdzie nago, na stworzonej przez siebie samego Planecie, ale po trecj dniach zmartwychwstał do zwycięskiego, wiecznego życia bez końca, w Niebie, w którym sprawuje rząd. Jeszcze raz to gorczyczne ziarno, które tak głęboko i na długo zapadło się w ziemię, miało urosnąć do wymiarów i kształtów wielkiego drzewa, goszczącego w swych gałęziach chmarę ptaków. Nitka żyła i szła nadal.

W wieku pięciu lat Nitka, która już od roku umiała czytać i pisać (podobnie jak jej bliźniaczy brat), poprosiła Mamusię o prezent na swoje szóste urodziny: własną małą Biblię. Nie mogąc się doczekać upominku chadzała do pokoju mamy, by czytywać sobie jej egzemplarz Pisma Świętego, w większym formacie i nienagannie utrzymywany, bo po prostu tylko sporadycznie czytany. Wreszcie jednak nadszedł ten wymarzony, wielki dzień, w którym dziewczynka miała otrzymać swój prezent: Nitka została oto właścicielką własnego, „dorosłego” Pisma Świętego, takiego w jakim byli w posiadaniu wszyscy chrześcijanie w znanych jej zborach. Odtąd codziennie czytywała kilka rozdziałów z tej księgi, poczynając od Ksiąg Mojżeszowych i pnąc się w górę biblijnych treści aż do Psalmów, tak jak Mojżesz wspinał się na Górę Synaj, by odebrać z rąk Boga tajemniczy i święty Dekalog. Tu, na kartach Pisma, czekał na dziewczynkę sam PAN Bóg, który objawił się jej w postaci Mojżesza i dał jej głębokie pragnienie, by była jak on sam – by Bóg Jestem który Jestem, rozmawiał z nią twarzą w twarz, intymnie i prywatnie, by wybrał ją tak jak wybrał izraelskiego proroka Mojżesza – na przywódcę jej całego narodu. W ten sposób miała zapewne poznać i ogłosić swoim rodakom nieodkryte jeszcze, różnorodne tajemnice wiary. Lektura Biblii była dla Nitki pasją i miłością, oto miała wreszcie „przyjaciela” i twórcze zajęcie, a nawet pracę, a przyjacielem tym był sam PAN Bóg oraz święte i zarazem powszednie postaci z Pisma Świętego.

Z MOICH AFORYZMÓW (7 MARCA 2026)

Żeby być pokornym, trzeba być dumnym. Inaczej jest się upokorzonym, a wtedy jesteśmy niedaleko przeklinania Boga i ludzi.

Przed zazdrością nikt się nie ostoi, jednak człowiek pokorny jest w stanie przechytrzyć swoich wrogów.

Osoby upokarzane stają się marionetkami w rękach swoich katów, dzieci – są często zaledwie marionetkami w rękach swoich rodziców i opiekunów.

Najłatwiej jest być pokornym wtedy, kiedy jest się kochanym. 

RAMIĘ MOJEGO PANA (7 MARCA 2026)

Ramię mojego Pana

Dlatego dam mu dział wśród wielkich i z mocarzami będzie dzielił łupy za to, że ofiarował na śmierć swoją duszę i do przestępców był zaliczony. On to poniósł grzech wielu i wstawił się za przestępcami.

Izaj. 53,12

 

Wyrósł na moich oczach

z małej komórki jajowej

w piękną winną Latorośl

kiedy był chłopcem

brałam go na piesze długie spacery

do Jerozolimy

choć matczyny instynkt mi tego

zabraniał

wówczas wolałam

by to miasto przestało

dla Niego istnieć

chciałam schować mapę Izraela

i narysować dla Niego inny kraj

dlaczego

musiał wiedzieć

już jako dziecko

jak umrze jako dorosły

nieść smak własnych ran

przez długie 33 lata

spijać koszmar walczącego oddechu

gasnącego tak szybko jak słońce

nad krwawym miastem

Je r o z o l i m ą?

czasem czułam

się jego katem

kłamcą

matką mówiącą mu o Bogu JAHWE

jak gdyby kochał Go

najbardziej na świecie

a przecież obiecał Mu

już w kolebce

zawiść biczowanie i krzyż?

ileż

można patrzeć na Jego

sińce

rozerwane ramię

najdroższe ciało na świecie

najwspanialsze oczy

widzące niebo przez chmury

ręce naznaczone

już na ziemi –

umęczone

przez Boską sprawiedliwą dłoń?

On sam poniósł nasze

i moje winy

wstawił się za nas u Ojca

chociaż do przestępców

Go zaliczono

i jak owca cicho

na własną poszedł

śmierć

wówczas wyłam

jak wilczyca

a własny długi grzech spływał mi

z rzęs

jak zawsze litania z moich ust –

za Niego

a jednak miałam Syna –

Duch Święty mi Go dał –

najpiękniejszą orchideę

i pamięć o naszej

Błogosławionej Rodzinie

jak niekończący się zachód słońca

przez wszystkie wieki

przez całą ludzkość

majestatycznym krokiem

będzie szła…

7 maja 2012

SŁOWO NA DZISIAJ (7 MARCA 2026)

Wtedy PAN przemówił do Mojżesza i Aarona i dał im rozkaz dla synów Izraela i dla faraona, króla Egiptu, aby wyprowadzili synów Izraela z ziemi Egiptu.

6:14

Oto naczelnicy domów ich ojców: synowie Rubena, pierworodnego Izraela: Henoch, Pallu, Chesron i Karmi. To są rodziny Rubena.

6:15

Synowie Symeona: Jemuel, Jamin, Ohad, Jakin, Sochar i Szaul, syn Kananejki. To są rodziny Symeona.

6:16

Oto imiona synów Lewiego według ich pokoleń: Gerszon, Kehat i Merari. A lat życia Lewiego było sto trzydzieści siedem.

6:17

Synowie Gerszona: Libni i Szimei, według ich rodzin.

6:18

Synowie Kehata: Amram, Ishar, Chebron i Uzziel. A lat życia Kehata było sto trzydzieści trzy.

6:19

Synowie Merariego: Machli i Muszi. To są rodziny Lewiego według ich pokoleń.

Wj 6, 13-19 (UBG)

WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XXIX) (6 MARCA 2026)

Jednym z powodów takiego wychowania były narodziny kalekiego fizycznie i umysłowo kuzyna w ich rodzinie. Marcin był niewidomy na jedno oko, głęboko upośledzony mentalnie i obarczony wieloma innymi dolegliwościami zdrowotnymi. Jego matka była rodzinnym zabójcą i ewidentnie groziła czymś Gertrudzie, być może ją publicznie molestowała. W ogóle wcześnie w swoim małżeństwie Gertruda została skazana na samotność i ostracyzm w jej własnym zborze. Wszystkim kobietom, jej krewnym  ze strony męża, chodziło o to, by nie miała w zborze ani jednej bliskiej koleżanki, popleczniczki, szanującej jej pozycję osoby zdecydowanie wierzącej z nieco odmiennymi poglądami oraz – przecież – pastorowej. Gertruda szybko w tej atmosferze straciła swoją godną pozazdroszczenia młodą wiarę w PANA Jezusa i nieomal bezwiednie zaczęła kultywować przyjaźnie z własnymi, starszymi dziećmi, wykonując tym samym wolę rodziny odnośnie jej własnego losu, to znaczy społecznie gwałcąc swoich starszych synów i fizycznie oraz psychicznie molestując swoje młodsze bliźnięta. Oznaczało to mniej więcej emocjonalne zaduszenie Nitki i Wilhelma od lat jeden wzwyż.

Gertruda stała się oto sama mordercą – uśmiechniętym, czułym i troskliwym oraz wspierającym i motywującym wszystkich innych naokoło poza nimi, bliźniętami, w imię szaleńczej, ewolucyjnej walki o lepszy byt, w którą jakoś zawsze wierzyła, to jest suma summarum o lepszy byt i sławę swoich starszych synów. Matka Nitki i Wilhelma stała się tak oto aniołem ciemności, niosącym na swoich skrzydłach śmierć społeczną im – jej własnym bliźniętom, a szczęście – im skradzione  – wszystkim innym dzieciakom w swoim pięknym, wzruszającym, serdecznym uśmiechu i radosnym, ekscytującym, zaspokojonym, prywatnym świecie.

Ojciec wychowywał bliźnięta tylko od święta do święta, zajmował się bowiem pracą zawodową oraz prowadzeniem zboru, a w wolnych chwilach karał ich surowo i chodził na łyżwy czy też pograć w siatkówkę na wyższą uczelnię, na której pracował. Ich wychowanie przez tego niemal niezrównanego w winogrodzkim państwie wszechstronnego geniusza (który mógłby przecież nauczyć się także relacji) polegało na surowym zastraszaniu bez możliwości jakiegokolwiek sensownego rozwiązania z ich strony. W ogóle to ich ojciec, ograniczony pastorskimi restrykcjami, wcześnie stracił koncepcję swojego wychowywania ich,  ponieważ nic nie zdawało egzaminu na zrobienie z nich moralnych idiotów.

Mój tata był pastorem

opiekował się zborem

znał się z innym pastorem

który także zajmował się zborem

był też znachorem

gdy dzieci były chore

gdy się struły muchomorem

modlił się wraz ze zborem

żeby tata był chory

mama sadziła muchomory

troszkę mu wsypywała

żeby zupa lepiej smakowała

było to niewątpliwym walorem

zostać jak tata pastorem

tata traktował to z humorem

wraz ze zborem

dzieci były chore i słabe

lecz zbór zyskał sławę

nawet rząd nierządem stał

w gołą pupę nieraz wlał

molestował i ciemiężył

a co słyszał, to spieniężył

choć nie widział, jednak wierzył

wszystkie dzieci taty przeżył

przyszedł PAN na prośbę zboru

zbór żałował tego mordu

dostał w mordę cały zbór

ludzie szybko wdziali wór

tata nie był już pastorem

rozstał się ze zborem

dzieci rosły i urosły

doczekały swojej wiosny

dzieci urosły – rząd radosny

los tych dzieci stał się głośny

co za zbór!

Jaki chór!

Zaszczekał pies!

Porwał tatę szczwany bies!

Tata liczył na zabawę seksualną, a to nie sprawdzało się w realu, gdyż dzieci nieruchomiały i zamierały w przerażeniu, wyłączając swoje emocje oraz swoje myślenie, jednak zazwyczaj nie mszcząc się i nie oddając złem za zło. Próbował je zatem prowokować „do złego”, do skierowanych przeciwko nim samym wzajemnie złych reakcji i instynktów, i to mu się  często udawało, więc mógł szybko – triumfalnie święcąc swój sukces –  wyciągnąć pasa i je bić lub kazać długo klęczeć w rogach mieszkania. Jedyną zatem opcją, którą zresztą skrupulatnie sprawdził, czy zadziała, było nastawianie jednego przeciw drugiemu, a potem karanie ich za to biciem skórzanym pasem. Owszem, tą drogą dało się pójść. Wilhelm stał się szybko wrogiem Nitki i gdy miała cztery latka zrzucił ją z rusztowania na placu zabaw, tak że dziewczynka upadła z wysokości i groziło jej wówczas kalectwo fizyczne. Wtedy Nitka utraciła wiele ze swojej dziecięcej pamięci i rozpoczęła nowy, tragiczny społecznie rozdział w swoim życiu, bezwiednie i machinalnie wypełniając treść samospełniającej się przepowiedni jej zboru i rodziny, że będzie głupia, zakompleksiona, brzydka i samotna – gdyż w dużej mierze nie pamiętała swojej przeszłości, a więc nie rozumiała więcej rzeczywistości.

Z MOICH AFORYZMÓW… (6 MARCA 2026)

Szczera rozmowa leczy schizofrenię.

Schizofrenia rodzi się w samotności. Schizofrenia rodzi                                                                                                                                                                                                                                  się w wielkim bólu.

Schizofrenia rodzi się z odrzucenia.

Korzeniem schizofrenii jest brak przebaczenia i pojednania.

Jeżeli cierpisz z powodu schizofrenii, spróbuj na nowo objąć i pokochać swoje życie! Po prostu stanąłeś z dala od  niego!