Jednakże Nitka straciła w ten sposób przynoszące jednak jakieś ukojenie, choć wrogie jej wierze towarzystwo Mamy, i stała się w rodzinie bardzo samotna i sponiewierana. Kiedy schwytał ją w związku z tym wraz z upływem pół roku dotkliwy emocjonalny ból i ponadto dziecko nie poradziło sobie ze zrozumieniem Psalmów (no bo co to za sens w uwielbianiu tyle razy, wręcz nieustannie PANA na harfie i lutni, po co to wszystko, to wezwanie do śpiewu i grania, które przecież nie było nigdy jej udziałem?), Nitka zarzuciła czytanie Biblii i powróciła, zrozpaczona, załamana i grzeszna, do intymnej relacji z mamą. Nie zapytała (a mogła to przecież zrobić) jej taty o wyjaśnienie znaczenia Psalmów, poddała się duchowo i chociaż nie utraciła swojego zbawienia, przestała się rozwijać i błyszczeć – urodą i talentami, niepowszednią inteligencją, one wszystkie przekładały się z kolei na łaskę i przyzwolenie wśród jej otoczenia, by istnieć i czymś wyróżniać się spośród innych dziewczynek. Potem, jak rzucony niechętnie szczeniętom ochłap, wieczorami, przez parę miesięcy, mama czytała jej i Wilhelmowi Pismo Święte, a ono dotykało serca i duszy dziewczynki i jej brata, tak jak jesienny, późny deszcz zrasza sukienki małych dam, kroczących lekko w jego kroplach oraz jak ostry, obosieczny miecz rani skórę i mięśnie nieprzyjaciela, kiedy się go mocno schwyci i skieruje przeciwko niemu.
Tata bliźniąt wziął jednak sobie głęboko do serca wiarę Nitki i pewnego razu tego samego roku, kiedy wracali jak zwykle dużym fiatem z nabożeństwa do domu zaproponował, by jego najmłodsze dzieci nauczyły się na pamięć Kazania na Górze i obydwoje wyrecytowały je w ich skromnym liczebnie, skostniałym zborze. Od momentu tych ojcowskich słów zachęty Nitka i Wilhelm na wyścigi i z ogromną radością i wyczekiwaniem na „ich dzień” uczyli się wskazanych trzech rozdziałów z Ewangelii według świętego Mateusza – przecież tata nareszcie chciał być z nich dumny, a oni mają już po sześć lat i powinni się już dawno szybko rozwinąć i zacząć coś osiągać, podobnie jak inne dzieci! Mama nadzorowała ten proces i dopingowała ich jak umiała najlepiej, traktując ich w sposób wymagający, a nawet godny, zapewne chcąc ukryć przed swoim mężem ich głębokie i dzikie pragnienie osiągania w przyszłości podobnych wyróżnień chociaż na arenie ich zboru. Nadszedł dzień długo wyczekiwanej publicznej recytacji wybranego fragmentu biblijnego podczas nabożeństwa, w pewien środowy wieczór. Bliźniaki dokonały tego bezbłędnie, ze wzorcową dykcją i z radością oraz nowo nabytą godnością szanowanych dzieci pastorów. Stały się też od razu bardzo biedne w duchu, gdyż zbór przyjął ich usługę jako coś zarozumiałego i wstrętnego. Babcia i jej najmłodsza córka, ciocia Sza, kiwały pogardliwie głową, w duchu obiecując szeroko zakrojoną długofalową zemstę, a inni dolewali jeszcze oliwy do ognia, szydząc z ich rodziców oraz izolując chłopca i dziewczynkę od towarzystwa pozostałych dzieci: zbór jednomyślnie odrzucił ich służbę jako coś zdrożnego i niedojrzałego duchowo (bo po prostu pysznego!) Odtąd tata już nigdy więcej nie spróbuje ich w żaden sposób wyróżnić, przynajmniej nie zbyt wcześnie, czy też nie dostatecznie wcześnie. Klamka ich przyszłości tego dnia jakoś zapadła na zawsze – ojciec i mama dzieci jeszcze raz potwierdziły to sobie, że ich potomstwo urodziło się i było przeznaczone przez swoje otoczenie wyłącznie na porażkę i nawet – na małą, osobistą zagładę wśród grona innych, szczęśliwych na swoją modłę i uszczęśliwianych oraz poważanych przez swoich rodziców dzieci.
