MOJA WALKA
Jest rok 2048, Kehenna zimą. Zbliża się Boże Narodzenie.
„Za marzenia starte na proch
niepocieszone
które trzymam w utraconych snach
za ciepłe dłonie
za dni, które przywiał mi wiatr
rozwiewając włosy
że szłam, zawsze szłam
wiecznie słysząc głosy.”
„Schizofrenia jest niczym wielkie wzburzone morze, które nigdy nie wyrzuca na brzeg muszelek, i którego fale nigdy nie głaszczą nam stóp. Ona kłuje nas w oczy podejrzeniem, gorącym oddechem zbliżających się ku nam na plażach mórz żarłocznych rekinów oraz potęgą śmierci przy bermudzkich trójkątach. Nie zauważamy jej i nie wierzymy w nią, gdyż jesteśmy za blisko względem niej, stąd odrzucamy jej realność.” – tak mniej więcej powiedziała Nitka do swojej mamy, opisując mgliście swój stan zdrowia, po czym zlustrowała rzeczy porozrzucane w swoim pokoju, posłuchała góralskiej kolędy dla nieobecnych na YouTubie i zaczęła pakować plecak. Był koniec grudnia i Nitka właśnie przerwała studia filologiczne na Uniwersytecie im. Trzech Wieszczy w Kehennie, po czym – do dna nieszczęśliwa – postanowiła umrzeć. Umrzeć jednak to jest sztuka, jak już wiedziała (po kilkuletnim stażu chorowania.) Można zażyć tabletki przeciwlękowe i popić je alkoholem, skoczyć z jedenastego piętra wieżowca albo zwyczajnie zamarznąć, każda z tych opcji wydała się jej na ten moment za trudna. Wybrała jednak ten ostatni wariant i zupełnie na przekór, jak gdyby na złość wszystkim ożywając, w myślach zobaczyła przystojnego chłopca w samotnej chatce na litewskiej wsi, który czule obejmował jej ciężarny brzuch. Uśmiechnęła się do siebie.
Nitka, już wychodząc z domu, w dniu swojej ucieczki, czuła się podglądana. Jeszcze na długo zanim rodzice zgłoszą jej zaginięcie na Policji – jak głęboko przeczuwała – czuła na sobie dotkliwie spojrzenia przechodniów. Szła więc, mądrze, długo na piechotę (unikając kamer w autobusach) i na którymś z rzędu przystanku szybko wskoczyła do busa na Katolice. Pogłaskała swoją małą pluszową małpkę i wcisnęła się w kąt, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu wzrokowego. Wyłączyła komórkę i tak czuwała. Na dworcu PKS w Katolicach przesiadła się na autobus do Szalonej. Teraz dopiero odczuła po raz pierwszy przyjemne podniecenie. Wyjeżdża i nigdy już nie powróci do Kehenny, do domu. Znajdzie samotną, opuszczoną chatkę na litewskiej wsi tuż za granicą i tam spokojnie położy się i umrze. Na pewno już nigdy nie będzie odczuwała kłujących igiełek cierpienia.
Dopiero po miesiącu Nitka wróciła do Kehenny, bez plecaka i z małą Esterką uczepioną jej szyi, a Mama sprawiła jej dość miłe, bo milczące powitanie, zwracając natychmiast uwagę na jej chorobę. W torebce matka schizofreniczki znalazła mocno zabrudzone kartki papieru, zawierające skreślone w bólu ręką swojej córki zdania jej historii (tak jakby mróz powykrzywiał i przy okazji ozdobił literki tego pisma, nie mogąc zwalczyć pasji życia):
„Boję się spędzić noc na dworcu, gdzie w każdym momencie może zaczepić mnie funkcjonariusz Policji. Wybieram opcję równie ryzykancką – wyjazd na rogatki miasta i położenie się w krzakach w śpiworze. Niedaleko znajduje się kościół i plebania. Wydaje się, że jest tu koniec świata. A do Końca Świata Majów jeszcze dwie i pół godziny. Leżę spokojnie i rozmawiam po cichu z Esterką – moją małą duchową córeczką. Jeszcze nie wiem, jak będzie miała na imię, ani jak będzie się nazywała – ona natomiast jest pewna, że jest Esterką – bardzo piękną biblijną bohaterką z Księgi Estery. Rozmawiam z Bogiem: „Nie jestem już Twoja, Panie. Modlę się bardziej do Wenus, ocal mnie, Wenus. Nie należę już do Ciebie, Boże. Wenus, daj mi córkę, żebym była spełniona jako kobieta. Ukryj mnie pomiędzy Twoimi rzęsami, zapuść te swoje rzęsy, żebym mogła się na nie wdrapać. Dokąd zaprowadzisz mnie, Wenus? Mrugasz na mnie co jakiś czas i wiem, że próbujesz mi coś z tak daleka przekazać, a ja wędruję tam, gdzie niekoniecznie Cię widać… Jak można spotkać Cię powtórnie, Boże? ”
Nagle wstrzymuję oddech. Na placyku garażowym, naprzeciwko którego leżę, ukryta w krzakach, pojawia się ognista postać. Zamieram niemalże, ugodzona przez tę niespodziewaną i zagadkową rzeczywistość. Jest to człowiek, mężczyzna, jakiego jeszcze nie widziałam: w oczach pali mu się ogień, twarz ma również rozświetloną ogniem. Zbliża się ku mnie bardzo, bardzo wolno. Wyobrażam sobie w jego ręku nóż i czuję zadany w serce cios. Ale po kilkunastu sekundach dochodzę do dającego mi nadzieję wniosku, że mężczyzna już się nie posuwa do przodu. Nie wiem co robi i czy sam potrafił doprowadzić się do takiego stanu. Pamiętam tylko, że jest Koniec Świata Majów i być może takie sztuczki są domeną jakiejś sekty religijnej. Zachęcona przez Esterkę zrywam się jak najciszej potrafię i wybiegam na ścieżkę razem z moim plecakiem. Mężczyzna w tym samym momencie wsiada do auta i odjeżdża. Jest pusto. Boję się. Jest rok 2048, Koniec Świata Majów…
