Wilhelm zachodzi jeszcze do przychodni psychiatrycznej, w której się nie leczył, i zadaje niemożliwe wcześniej, bo znamienne i odrealnione pytanie o możliwość podjęcia pracy w charakterze psychologa. Zostaje wyśmiany i dowiaduje się, że chyba chciałby tu sprzątać, że chyba o to mu chodzi. Ale jemu nie o to chodzi. Za chwilę wychodzi w dal. Wsiada do taksówki. Udaje się do Kontracimia. Tu stoją wysokie wieżowce, jest ich bez liku i są tam wysokie, strzeliste okna. Jedno takie okno być może czeka już na niego. Lecz chce sobie dać jeszcze jakąś znikomą szansę. Na rozmowę z kuzynkami o ich sposobie na mieszkanie i życie. Jest już blisko, coraz bliżej lokalu wujka. PAN wzywa go do domu.
Kiedy Wilhelm skacze z szóstego piętra i umiera w szpitalu, nie w miejscu tego skoku, nie w Kontracimiu, ale w miejskim szpitalu im. Ostaszka wyśmiany przez zespół medyczny i odrzucony w swojej walce przeciwko tej upokarzającej jego i jego Boga śmierci, Nitka stoi w tym szpitalu i… po cichu przemija, a potem patrzy w domu w lustro, prosząc Boga chociaż o cząstkę ducha jej brata, o ducha jego miłości, wiary i bohaterstwa. Reflektuje, że jej oczy zaszły niby mgłą i że życie tutaj, na tej planecie, będzie ją odtąd omijać. PAN wezwał Wilhelma do domu. Tym samym wezwał ją do służby w jego miejsce.
Tuż po powrocie z pobytu w szpitalu stacjonarnym i rozpoczęciu Oddziału Dziennego Nitka wraca do lektury Biblii oraz do modlitwy. Pyta mamę o ocenę jej stanu duchowego, ale ta odpowiada, iż jej córka nie jest jakoś szczególnie wierząca. Nitka czuje kłujący, druzgoczący ból, jednak osądza, że jest to prawdą i wie także, że jest jeszcze dość młoda, i – mając przed sobą niewiadomą jej, być może długą przyszłość – może zapracować sobie, dzięki łasce Bożej, na znacznie lepszą opinię, nawet jeżeli nie u własnej matki, to może w oczach kogoś innego, równie dla niej znaczącego.
Kobieta spędza teraz codziennie około dwudziestu minut czytając Pismo Święte, każdego dnia kilka minut modli się do Boga. Nie wie, jak mogłaby wydłużyć ten czas, nie zna sekretu udanej, długotrwałej, błogosławionej modlitwy, choć wie, że niektórzy wojownicy modlitewni trwają około godziny dziennie właśnie na wytrwałej modlitwie do swojego PANA. Kiedyś modliła się na głos z mamą wieczorami i trwało to około piętnastu minut, ale w tej chwili wariant wspólnej medytacji wydaje się stanowić dla niej duchowe zagrożenie.
Nitka zapiera się w na nowo wypróbowywanym życiu modlitewnym i chce osiągnąć więcej i więcej. Wie, że wszystko może się jeszcze bardzo zmienić, drzemie w niej zatem piękna, hipotetyczna, probabilistyczna nadzieja. Jednak najbliższy czas będzie dla niej okresem praktycznie pozbawionym takiej nadziei – cierpienie wskutek traumy poszpitalnej i rysującej się przed nią pełnej rozczarowania i niemocy przyszłości – jest niezwykle intensywne, kobieta cierpi w każdej sekundzie dnia, całą psychiką czuje rozpierający ją, nieznośny ból, związany z wydłużoną, przymusową bezczynnością, brakiem ciepłych relacji oraz nieustającą niepewnością co do jej dalszego losu w szpitalu oraz poza jego murami. Rodzice informują ją także, że w trakcie jej długiej nieobecności w domu rozważali oddanie jej do domu opieki społecznej i ta wiadomość wyciska grube łzy z oczu Nitki, a także powoduje długotrwały ból w jej wrażliwej duszy. Tę informację przeżywa tak samo, jak gdyby właśnie w chwili obecnej była zagrożona losem osoby porzuconej na rzecz takiego miejsca.
Pewnego ranka, kiedy Nitka udaje się na przystanek autobusowy, w drodze na Oddział Dzienny, do głowy przychodzi jej urywek modlitwy i pełna wewnętrznego bólu Nitka na przekór mocom ciemności powtarza go sobie w duchu i zapamiętuje, przeczuwając nowy porządek rzeczy: „Za Twoją niewysłowioną mękę krzyżową, za Twoją niewysłowioną mękę krzyżową, za Twoją niewysłowioną mękę krzyżową, za to wysławiam Cię, drogi PANIE Jezu Chryste.” To zdanie będzie stanowiło początek jej nowej modlitwy, opartej w pewnym stopniu na powtarzaniu urywków z Pisma Świętego, godzinnej, spisanej w pliku Word i powtarzanej odtąd codziennie. Coś oto zaczyna się dziać: Nitka uczy się modlić Pismem Świętym i to modlić się coraz dłużej. To sam jej PAN spaceruje razem z nią na Oddział Dzienny i daje jej do głowy nowe myśli, słodkie myśli o nadziei i spełnieniu, o rozgwieżdżonym dachu nieba w prawie wszystkie noce, spokojnym, pogodnym księżycu i całkiem nieodległych gwiazdach, o całkiem sensownym dla niej i całkiem znaczącym dla innych – dzięki jego pracy w jej duszy – celu.
