Jest trzeci dzień od końca. Chociażbym schował się za zasłonę w pokoju Nitki, i tak nie zmieni się nikt ani nic wokół. Ale nie, zmieni się pogarda, będzie jej więcej.
Pamiętam, że skakałem kiedyś dobrze na basenie na główkę i starsi koledzy bili mi wtedy brawo. Pamiętam, że jeden wujek, rodzony brat mojego ojca, który zawsze mnie i moją siostrę zabijał z platformy innego keheńskiego zboru, bytuje na szóstym piętrze w mieszkaniu w Kontracimiu, a jego córki wynajmują już osobny lokal. Spróbuję dać sobie autentyczną, ostatnią szansę i porozmawiać z moimi kuzynkami o samodzielnym mieszkaniu, o udanym starcie w dorosłe życie. Jeżeli to mi się nie uda, tego samego dnia powtórzę mój wyczyn, który przećwiczyłem tak dobrze wtedy na basenie, i z powodu którego zyskałem na jakiś czas popularność.
Odwiedzę jeszcze babcię Renię, ale ta śmieje się mi w twarz, kiedy próbuję wspomnieć o moim smutku i poważnie napomknąć o mojej potrzebie posiadania domowych obowiązków i nauce dorosłego życia oraz o udanym życiu seksualnym kiedyś w moim własnym domu. A przecież to ona starannie wychowywała mojego ojca. Jeszcze wyrzucam jej śmieci z domu i znikam na zawsze z jej omyłkowego, niepojednanego z Bogiem istnienia.
Tak Wilhelm odchodzi, znika. Wychodzi na ulicę Okulicką osobny i samotny. Od teraz będzie szedł ostro pod górkę. Niby nic się nie zmieniło, a jednak zmieniło się wszystko dla jednego takiego człowieka, a więc dla wielu wraz z nim. Cały czas walczy, ale już nie męczy się, nie poci. PAN wzywa go do domu.
Drugi dzień od końca. Mężczyzna nie wraca do rodzinnego domu, krąży po mieście, chcąc załatwić jeszcze niektóre swoje sprawy. Albo praca i mieszkanie, akceptujący go koledzy, albo skok w dal… i w dół. Próbuje sobie przypomnieć, jak to było, jak to się czuło, jak to się robiło: ten skok. Trzeba ustawić się odpowiednio wysoko i po prostu wyobrazić sobie, że się oddaje i zawierza siebie głębokiej, aksamitnej wodzie, która dobrotliwie przyjmuje, a potem wypycha ciężar ludzkiego ciała. Trzeba zrobić ten ostatni krok, zaufać. Wilhelm nuci sobie jeszcze wstrząsające słowa chrześcijańskiej piosenki „Każdy z nas musi zrobić ten ostatni krok, nieuchronnie otoczy nas tajemny mrok.” Tak jest, ten ostatni krok w ramiona Ojca. A potem wszystko już będzie dobrze.
A później zniknie wstyd, pot i realność mojego życia. Dostrzegę wokół siebie kochające mnie twarze, chcące przysunąć się blisko i istnieć wspólnie ze mną na zawsze. Mój PAN przygarnie mnie i przytuli, powie, że jest ze mnie zadowolony i dumny. Powie, sługo mój, witaj u mnie w domu, u siebie w domu, co będzie od tego momentu oznaczać to samo. Dom jest miejscem bezpiecznym i przyjaznym, daje nam mocny fundament i jest niby skała, twardy grunt. Wie to, wszak pamięta te niesamowite słowa z Księgi Przysłów rozdziału osiemnastego, dziesiątego wiersza „Imię PANA jest potężną wieżą, sprawiedliwy ucieka do niej i jest bezpieczny.”
