WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XXVI) (3 MARCA 2026)

Nitka cierpiała bardzo. Była samotna i wyśmiana przez ojca, matkę i braci, niepotrzebny stary grat, zbędny balast i niemożliwie brzydkie kaczątko, które na domiar złego, jak wróżyła jej matka, nigdy przenigdy nie przekształci się w smukłego łabędzia oraz o które oni już zadbają, by nikt go nigdy nie pokochał ani nie zauważył, a przede wszystkim – nie dał mu własnego domu. Jednak w szczęściu innych osób – w ich uśmiechu, wzajemnej bliskości, radosnej konwersacji, dotyku rąk i palców, Nitka czuła Bożą miłość właśnie do niej, gdyż tam wówczas PAN był obecny także i dla niej. Tym samym On obiecywał jej to samo szczęście, które tutaj było udziałem innych ludzi, tam w Niebie wraz z Nim, i to na wieki wieczne, na niekończący się nigdy bardzo dobry czas.

Nitka wybierała raz po raz, poprzez często tylko suche łzy i ból, by kochać mamę i nawet tatę, by słuchać braci, od których urodziła się przecież inteligentniejsza i zdolniejsza, by zajmować tylko mały, cichy kącik, który byłby jej własną, szczupłą przestrzenią biernego dobra. Od samego początku zabroniono bowiem Nitce kochać aktywnie i dzielić się dobrem – okradziono ją z jej zwerbalizowanego wcześnie marzenia i dziecięcej, głębokiej potrzeby i pragnienia rozdawania wokół siebie miłości, którą tak obficie obdarzył ją PAN. Dziewczynka wierzyła w dobre uczynki, a w to nie wierzył zbór, mały protestancki zbór, który zaprzeczał dobru, a tym samym wielbił jakiegoś złego, okrutnego i surowego, nieznanego jej boga, czemu sprzeciwiało się małe serce Nitki i co leżało dla niej w sprzeczności ze znanymi jej już prawdami biblijnymi.

Ale serce Nitki zwyciężyło, gdyż pokochało wcześnie swojego bliźniaczego brata – jak misia do zabawy, jak ukochanego i pieszczonego syna, jak największy, skrzętnie skrywany skarb. Dziewczynka kochała głęboko i po cichutko, nigdy nikomu się do tego nie przyznając. Z czasem kochała już nie tylko jego samego, ale także jego oddech, skórę i bicie serca, jego każdy ruch i głos, jego przygody, które sobie wymarzyła i wyobrażała, spędzając codziennie czas w kąciku i rozmyślając o jego losie, a PAN był jej bliski. Bliźnięta praktycznie nie rozmawiały ze sobą, gdyż było to w ich domu surowo wzbronione; mogły tylko istnieć i być, nawet nie śnić na jawie, być pustymi naczyniami wzbierającymi bólem i gniewem, żalem i goryczą. Jednocześnie ich rówieśnicy rozwijali się szybko i już im zaczynali dorównywać w tym, co im zostało dane z niewielkim tylko wsparciem rodziców, praktycznie co im było zapewnione poprzez sam akt narodzin. Nitka nie bawiła się z bratem, było to tylko sporadycznie, gdyż ustąpiła mu miejsca do figli i psotów i zgodziła się, by chodził na podwórko bez niej i był tam szczęśliwy ze swoimi kolegami. Mama dała mu na to przyzwolenie, zapewne by dodatkowo rozgoryczyć Nitkę. Siostrzyczka jednak popierała te dziecięce zabawy i sama się ich celowo wyparła, gdyż wiedziała, że – uczestnicząc w nich – ze swojej miłości i troski strofowałaby swojego braciszka czule, ale także namiętnie i natrętnie, by był grzeczny, i by słuchał PANA Boga, a nie rozmyślnie, za radą matki i braci, popełniał błędy. I żeby, gorzej, nie przechylał kielicha swojego gniewu na swoich rówieśników, a nawet na niektórych dorosłych. To opłacało się bardziej w oczach Nitki – by słuchać Wszechmocnego Geniusza, PANA nieba i ziemi, ponieważ to On jest Królem królów i PANEM panów, i sprawuje suwerenną władzę nad całym globem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *