WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. XIII) (18 LUTEGO 2026)

A zatem, postulujemy nasz finalny wniosek i hipotezę, iż nie zawieramy w sobie żadnej cząstki Boga, żadnej charakterystycznej dla Niego materii (wbrew hipotezie Pascala.) Nasza śmierć nie dotyka Go ani nie umniejsza i ostatecznie, nie powoduje Jego finalnej śmierci, gdyż inaczej, za sprawą umierania miliardów ludzi na przestrzeni naszej historii – Bóg by już dawno temu doznał śmierci (gdybyśmy wszyscy zawierali w sobie po cząstce Jego samego i gdyby On umierał razem z nami.) Postuluję, że wraz z każdą indywidualną śmiercią człowieka Bóg cierpi i traci część swojej energii, którą jednak szybko uzupełnia, tj. ponosi prawdopodobnie stratę emocjonalną, którą sobie w sposób satysfakcjonujący rekompensuje poprzez uzupełnienie tej utraconej energii w jakiś dany sposób. Rozumiemy z pokrewnego nam świata zmysłów, że rodzic nie umiera wraz ze śmiercią swojego dziecka, a jedynie przeżywa okres rozpaczy i żałoby, standardowo trwający około roku, a po nim zwykle pociesza się i odnajduje ukojenie i nową radość życia.

Jest wszędzie mnóstwo żuków, a Nitka nie ma już żadnych pieniędzy przy duszy i postanawia położyć się i umrzeć z głodu i z pragnienia. Nie myśli  ani chwili poważnie o powrocie do domu – to zbyt czarny scenariusz. Myśli o śmierci z ręki żuków, małych czarnych garniturków, bezlitosnych dla umarłego ciała. Była i była, teraz odejdzie bez sensu, zapomniana i nieważna. Znowu nic się nie układa w jeden obrazek, znów okrutnie, bezradnie, ustają jej plany i marzenia. Nitka wychodzi na główną leśną arterię i nagle ma widzenie piekła. Oto stoi samotna przed własnym Bogiem, uparta i jakby niewierząca, a po drugiej stronie wzgórza stoi tłum zbawionych ludzi; oni są razem i chwalą Boga, ona – stanowi ich część, ale trzyma się na uboczu. Jednak nie – chociaż przyciągana do nich niemal magiczną siłą, stawia opór i pozostaje na swoim stanowisku. Ludzie wierzący wszak kojarzą się jej z amerykańskim zborem „Laodyceja” w Kehennie, do którego niezmiennie jest przymuszona uczęszczać – to widmo zbyt nieprzyjazne, by mu ulec. Jest jej żal tej decyzji, ale wrosła już silnie w Nehemejskie góry i tu, uważa, będzie nadal poszukiwała sensu życia. Bóg nie jest już dla niej, ku jej własnej rozpaczy, tak bardzo istotny, jego Majestat już jej tak nie kusi swoim pięknem i dostojeństwem. Nie jest już tą samą, rozmodloną, gorącą dla kultu Boga Nitką, wzorem w wierze dla niektórych, której –  inni z kolei wierzący – tak bardzo zazdrościli obecności PANA w niej. Kobieta dała już za wygraną, wzgardziła już swoim duchowym statutem, gdyż – jak napisał w Księdze Kaznodziei Salomona Kohelet, kto ostoi się przed zawiścią? Cóż należy czynić, gdy nikt nie stoi za nami, gdy wszystkie drogi do ludzkich serc się zatarły? Jak może uratować nas Bóg, skoro wydaje się, że sam Szatan nas poszukuje i przyciąga w swe czarne łapy, a w związku z tym – stanowimy i dla niego pożądany choć niełatwy łup? Jak sprawić, by ludzie interesowali się nami dla naszego dobra?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *