WOJOWNICZKA JEZUSA (CZ. IX) (14 LUTEGO 2026)

„Gott ist tott”, odważył się ku swej i swoich wyznawców hańbie i zgubie, postulować Nietzsche. „Bóg – jego i ich, jego wyznawców, wróg” – odważa się, jeszcze nieśmiało i wstydliwie, szeptać do ludzi Nitka, mając na myśli wyznawców Nietzschego. „Bóg żyje, Bóg pragnie i chce, Bóg walczy z wami, chamy” – chce i jak się okazuje, może, odtąd wyraźnie głosić tę prawdę przez otwarte szeroko usta chrześcijanka. „Nie wierzę zatem, iż „popęd ku poznaniu” jest ojcem filozofii”, wypowiedział się na którymś miejscu w cytowanej tu wszędzie książce „Poza dobrem i złem” filozof hitleryzmu. Następnie przeskakuje do filozofii przyrody, bytu i mądrości. „Wedle przyrody  żyć chcecie? ”Och, wy szlachetni stoicy, jakież słów szalbierstwo! Pomyślcie sobie istotę, jaką jest przyroda, rozrzutną bez miary, pozbawioną zamiarów i względów, próżną sprawiedliwości i zmiłowania, płodną i jałową, i niepewną zarazem – wedle tej indeferencyi jakżebyście żyć mogli? Życie – nie polegaż ono właśnie na dążeniu, by być od tej przyrody innym? Nie jestże życie ocenianiem, wybieraniem, dążeniem, by być niesprawiedliwym, ograniczonym, dyferentnym?” I dalej: „Duma wasza chce przyrodzie, przyrodzie nawet, przypisać wasz morał, wcielić w nią wasz ideał, żądacie, by ona „wedle Stoi” była przyrodą, i chcielibyście, iżby całe istnienie jeno na wasz własny istniało obraz – jako olbrzymie wiekuiste uświetnienie i uogólnienie stoicyzmu!” Nietzsche argumentuje: „(…) stoicyzm bowiem jest tyranią siebie samego, nie jestże stoik – cząstką przyrody?…” Tak więc oto Nitka jest teraz zażartym wyznawcą swojej własnej odmiany stoicyzmu, filozofii twardych, nieustępliwych, dążących do celu, ugruntowanych w swojej woli, niecofających się z raz obranej drogi. Bóg stworzył człowieka na swój obraz, przyrodę – na podobieństwo Siebie i człowieka, w niej – oglądamy jego Majestat. Nitka docenia teraz swoje olbrzymie, jaskrawe szczęście – oto przecież chodzi z tym zwycięskim, niepokonanym Bogiem.

Nietzsche kontynuuje teraz swoje naukowe, zamierzone zniszczenie rasy ludzkiej, cytując przesąd Schopenhauera: „Ja chcę…” – tym samym Niemiec niszczy i ośmiesza na nowo odkryte, z trudem wypracowywane w ciszy przekonanie i wolę chrześcijańskiej kobiety, by chcieć dobra zarówno dla jej PANA jak i dla siebie, dobra pojmowanego odtąd jako ścisłe, surowe lecz roztropne posłuszeństwo, żołnierskie, niemal ślepe, ale głęboko przemyślane i skalkulowane dla celów Nieba zawierzenie się Mu; dla potrzeb jej PANA i jej samej oraz jej chrześcijańskiej  społeczności, a nawet jej społeczeństwa jako ogółu ludzi w Winogrodii. Nie liczy się przecież nietzscheańskie „Ja chcę…”, czyli moje własne zbuntowane wobec Boga Stwórcy ego, napędzane pychą życia, nieustannie dążące do zniszczenia Boga i drugiego człowieka, ale to „ja chcę…”, które rodzi się i pozostaje z woli Boga nieustannie Mu podporządkowane, posłuszne, wdzięczne, zadowolone, przynoszące Mu plon, oddające Mu hołd.

Nadchodzą teraz świeże, cudowne dni. Kwietniowe słońce jest wyjątkowo silne, a noce przyjemne. Kiedy kobieta się budzi, patrzy w oczy nieba i czuje się jak na ogromnym, harmonijnym  mickiewiczowskim statku pośród falującego oceanu. Z radością wstaje i ubiera się, stwierdza ponadto, że szczupleje. Ubrania, zakupione po drugiej stronie granicy, pasują na nią jak ulał, a przed nią długie spacery i palenie ogniska w blasku pełnego dnia. Wszystko to jest bardzo przyjemne i wypełnia jej serce radością. Jedynym jej problemem są silne urojenia, ale rozmowy toczone z samą sobą pozwalają rozładować emocjonalne napięcie. Jest nareszcie na swój specyficzny sposób w pełni szczęśliwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *